O pożytku wody

 

4 kwietnia 2009 r.


KRAKÓW UMYTY


 

 

O POŻYTKU WODY

Ludzkość kocha zagadki, gotowa wleźć w najmniejszą mysią dziurę byle odkryć jakąś nową tajemnicę. Tymczasem wokół nas pełno jest zdumiewających zjawisk, które ignorujemy, bo uznajemy je za banalną oczywistość. Dlatego mało kogo skłania do dociekań i filozoficznej refleksji fakt, że oto dwa pospolite pierwiastki o gazowej postaci, w połączeniu tworzą płynną acz nieskomplikowaną strukturę chemiczną bez której nie ma życia. Woda, bo o niej mowa, jest ową cudowną pramaterią z której, jak utrzymują kosmogonie wszystko się wzięło.

Woda od zawsze służy więc do życia, do picia i do mycia. Choć w tym ostatnim przypadku umiarkowanie. Pomijając chlubny wyjątek starożytnego Rzymu, mycie w kulturze materialnej ludzkości nie było priorytetem. Bardziej dbano o czystość duszy niż ciała. Higiena stała się modna dopiero od połowy XIX stulecia. Jak doczytałem w bardzo ciekawej skądinąd książce „Historia życia prywatnego” w tym czasie we Francji, którą wszak w wielu dziedzinach stawia się za wzór kultury, praktykowano we wszystkich sferach zaledwie fragmentaryczną toaletę ciała. Często myło się ręce - od czasów upowszechnienia odkryć Pasteura i Kocha - raz dziennie twarz i zęby(przynajmniej przednie); nogi - raz, najwyżej dwa razy w miesiącu. Nigdy nie myło się głowy. O higienie intymnej nawet nie wspomnę, bo może ktoś czyta ten tekst akurat przy jedzeniu.

Słyszy się często uszczypliwe  uwagi o naszej niechęci do wody i mydła. Bez przesady. Nie jesteśmy wprawdzie krajem anankastycznych czyściochów, ale też nie wleczemy się w ogonie. Także i sto lat temu stan higieny w Krakowie nie odbiegał aż tak dramatycznie od europejskiej przeciętności. Oczywiście w takich ocenach trzeba być też ostrożnym, brać pod uwagę odrębność społeczności miejskiej i ludność wiejską, zróżnicowanie społeczne.

Ale jeśli we Francji dopiero u schyłku lat 80. XIX stulecia rozpowszechniły się w eleganckich sferach angielskie „tuby”, czyli płócienne szafliki do kąpieli w pozycji kucznej, to w naszej prowincjonalnej mieścinie lepsze towarzystwo korzystało - jak świadczy M. Smolarski w „Mieście starych dzwonów” - z bardziej komfortowych uternsyliów: „Służba znosiła po wąskich schodach wielką drewnianą wannę z wysokiego strychu, ustawiała ją w sypialnym pokoju, potem trzeba było przynosić wodę ze studni, grzać na blasze kuchennej w wielkich żelaznych garnkach i napełniać wannę.” Woda była ze studni bo wodociągi uruchomiono dopiero w 1901 roku - a Kraków był ostatnim polskim dużym miastem, który wykosztował się na ten luksus, wcześniej fundując sobie reprezentacyjny teatr. Prawie wszystkie domy czynszowe pozbawione były kanalizacji, wychodki sytuowano w oficynach, urynały były naczyniem powszechnego użytku. Toalety i łazienki w mieszkaniach pojawiają się w standardowych projektach architektów dopiero po I wojnie światowej.

Ale generalnie od końca XIX stulecia datuje się też i w Krakowie moda na ablucje. Krakowska prasa zamieszcza regularnie inseraty firm polecających mydła, proszki, szczotki, grzebienie, no i oczywiście wanny czy kabiny natryskowe. Największym producentem tych instalacji była „pierwsza krajowa fabryka oraz skład wyrobów blacharskich Wł. Kosydarskiego”, Rynek Gł.24, naprzeciw odwachu, istniejąca od roku 1875. Modne były wówczas krótkie wanny do nasiadówek zwane z niemiecka  zycbadami. Miały tą zaletę, iż dołączony do nich piecyk węglowy lub gazowy podgrzewał wodę.

Oczywiście na takie szykany stać było tylko bogatych. Lud tak zwany prosty latem pławił się w rzeczkach i stawach, zimą ze  zwykłej wody czynił  użytek nie częstszy niż ze święconej. Na szczęście rolę higieny doceniały za nich światłe władze. W roku 1906  „nareszcie i Kraków doczekał się instytucyi publicznej, tak niezwykle pożądanego i pożytecznego zakładu, bez którego nie może obejść się żadne miasto nowoczesne.  W niedzielę, 3 listopada, w sposób uroczysty poświęcono nowy gmach pierwszej łaźni ludowej. Łaźnia ta, wybudowana na gruncie miejskim kosztem około 40 tysięcy koron z funduszu miejskiej Kasy Oszczędności, mieści się przy ulicy  Karmelickiej nr 47, w piętrowym gmachu, zbudowanym  podług projektu  budowniczego radcy miejskiego. p. Beringera.  Zarówno w rozkładzie całości, jak urządzeniu pojedynczych części, przyjęto i zastosowano wszystkie nowoczesne ulepszenia tak, że krakowska łaźnia ludowa może służyć za wzór, jak takie zakłady urządzane być powinny. Główne wejście od ulicy prowadzi na wysoki parter, gdzie mieszczą się dwie poczekalnie, dla mężczyzn i kobiet. W poczekalniach, które z czasem mają być urządzone także jako czytelnie ludowe, nabywa się w okienku kasy bilety; osobnemi zaś korytarzami przechodzi się do kabin kąpielowych. Kabin tych jest 16, z tego 4 z wannami (2 dla mężczyzn, 2 dla kobiet), 9 natryskowych dla mężczyzn i 3 natryskowe dla kobiet.

Zarówno podłogi, jak i ściany, przedzielające kabiny, są pociągane tak zwaną teraną, to jest twardym materyałem, imitującym marmur, który bardzo łatwo zmyć i wysuszyć. Kabiny posiadają proste, lecz wystarczające umeblowanie, składające się z lustra na ścianie, ławki i wieszadeł, kabiny natryskowe posiadają najlepsze techniczne urządzenie, pozwalające samemu kąpiącemu się regulować ciepłotę tuszu, który może być puszczony równocześnie także od dołu.

Przyrząd tuszowy od góry umieszczony jest nie wprost nad głową, ale pod kątem ostrym, gdyż czasem kąpiący się nie znosi zlania głowy. Wnętrze całego gmachu, pełne światła, i słońca, malowane jest na kolor perłowy, przyjemny dla oka, wszędzie panuje jednostajna ciepłota, z powoda dobrze skonstruowanego ogrzewania centralnego. Raz w tygodniu będzie zmywany cały gmach i desynfekcyonowany rozczynem sublimatu; oświetlenie gmachu jest elektryczne. Ceny kąpieli będą nadzwyczaj niskie: kąpiel w wannie z mydłem i ręcznikiem 40 halerzy, kąpiel natryskowa z mydłem i ręcznikiem 12 hal. za dodatkowy  ręcznik dopłaca się 4 hal, dzieci do lat 15 za  kąpiel natryskową płacą 8 hal. Kąpać się można w wannie najdłużej 30 minut, w tuszu 15 minut. Łaźnia ludowa nie jest obliczona na zysk, owszem dążeniem zakładu jest obniżyć jeszcze ceny kąpieli, a nawet doprowadzić do bezpłatności”.

Na uroczystość otwarcia przybył sam pan prezydent Leo, a aktu poświęcenia dokonał proboszcz parafii św. Szczepana, ks. Błonarowicz, który: „też wygłosił odpowiednie przemówienie na temat aksyomatu, iż najwyższym skarbem jest zdrowie ciała, co zgadza się z przepisami Kościoła katolickiego, każącego dbać obok duchowego i o fizyczne zdrowie.” Jak można doczytać z opublikowanych w 1907 roku statystyk z łaźni przy Karmelickiej od 3 listopada do końca 1906 roku skorzystały 6862 osoby, z tego w wannach mężczyzn 966, kąpieli męskich pod natryskiem było 4103, kobiecych 265, natrysków dla dzieci 1117; przeciętnie dziennie 120 osób, najniższa liczba kapiących 35, najwyższa - 290.

Nie był to jedyny przybytek kąpielowy w Krakowie. Odwiedzano łaźnię pryz św. Sebastiana, u zbiegu ulic Garbarskiej, Łobzowskiej i Asnyka sytuowały się tzw. łazienki, polecała swe usługi łaźnia w hotelu przy Zwierzynieckiej. Ale ablucje w tych instytucjach nie służyły li tylko pozbyciu się brudu, korzystanie z nich zalecano głównie jako zabieg relaksujący i zdrowotny, co koszty tego korzystania podnosiło, bo wiadomo na zdrowiu nikt oszczędzać nie zwykł.

Na myciu owszem, oszczędzić się daje. Tym oszczędnym lub nie mającym wiele czasu  „droguerie i przedniejsze handle perfum” polecały - zwłaszcza spieszącym do teatru - „jedynie prawdziwy wyrób Ferdynanda Mulhensa”. Kropla wystarczy by przez kilka dni pachnieć jak fiołek.

JAN ROGÓŻ

Top