2012-05-18     Alicji, Edwina, Eryka     Początkiem wszechrzeczy jest woda. - Tales z Miletu

 

 

 2009 rok

 

KĄPIELE W WIŚLE

Andrzej Kozioł

Mniej więcej w zielonoświątkowy czas nadchodził okres kąpieli. Jedni twierdzili, że można wskoczyć do rzeki już po pierwszej wiosennej burzy, inni byli zdania, że dopiero świętojański dzień otwiera sezon kąpielowy, ale tak czy inaczej – pod gołym niebem zaczynano się kąpać w czerwcu. Kiedy dzisiaj idzie się w Krakowie brzegiem Wisły, trudno sobie wyobrazić, że jeszcze kilkadziesiąt lat temu od rzeki bił zgoła inny zapach, nie chemiczny, ale wodno-rzeczny, rybny, świeży. Jeszcze na Zwierzyńcu handlowano żywymi, przed chwilą złowionymi rybami. Jeszcze na Plaży Krokodyl nieopodal klasztoru norbertanek, jeszcze na Dzikiej Plaży w górze rzeki, na łasze piasku nieopodal Wawelu prężyli muskuły młodzieńcy w kąpielowych czepkach. Po prosty Wisła była czysta, aż do dnia, w którym wypłynęły ryby. Płynęły długo, do góry białymi brzuchami, a na brzegi stali w milczeniu ludzie. Woda w kranach zaczęła cuchnąć, i to przeraźliwie – fenolem. Przed pompą na placu Na Stawach ustawiały się długie kolejki – z wiadrami, bańkami na mleko, nawet z garnkami. Po wodę przeważnie wysyłano dzieci i było tak jak w „Przygodach Tomka Sawyera”, gdzie miejska studnia stanowiła centrum dziecięcego życia towarzyskiego.

Od tego czasu – chociaż dzisiaj jest już lepiej – Wisła nigdy nie odzyskała swojego niegdysiejszego, świeżego zapachu. Oczywiście nawet wtedy, w latach pięćdziesiątych, nikt o zdrowych zmysłach nie piłby wiślanej wody. A przecież kiedyś nie bano się jej. Leśni ludzie, ruszając do puszczy, na wyraj, jak pisała Maria Rodziewiczówna, śmiało pili wodę z leśnej rzeki:  

Klacz weszła ochoczo w bród, schyliła głowę i, muskając wodę wargami, szukała najżywszego prądu, tam stanęła i zaczęła pić. Hatora poszła za jej przykładem, i ludzie zaczerpnęli też wody w dłoń.

- Pijemy,jak z Lety. Zapomnienie tamtego świata! – rzekł Rosomak.

- Smaczna, jak brzozowy sok. Niczym wino! – dodał Pantera. 

 I mnie w dzieciństwie zdarzało się pić wodę z potoku. Bo dlaczego nie? W górze jego biegu nie było niczego – absolutnie bezludna okolica, żadnych obór, żadnych szamb, żadnych pól uprawnych, tylko szczera dzicz, przetykana kominami spalonych łemkowskich domostw. Piło się więc spienioną wodę, czerpiąc ją stuloną dłonią. Była lodowato zimna, pachniała jak powietrze po burzy, jak świeżo uprana, suszona na polu pościel. 

W upalne dni nie tylko Wisła przyciągała mieszkańców Krakowa, ale także Rudawa, leniwie płynąca, wciśnięta w trawiaste wały. Nad wodą, pachnącą nieco muliście, zieloną od rozrośniętej w niej moczarki, na kocach, rozkładali się miłośnicy plażowania. W trawie, po ziemi przesiane białymi, martwymi muszelkami, uwijały się jaszczurki – miniaturki wawelskiego smoka. Koroną wałów, pokrzykując „Lody! Lody”, popychali swoje wózki lodziarze. Za nimi podążali sprzedawcy obwarzanków, każdy z wielkim wiklinowym koszem. W koszu, pod biała serwetką drzemały bajgle – piegowate od maku lub skrzące się diamentami solnych kryształków. Pachniało gniecioną trawą, piwem chłodzonym w rzece, krachlą, czyli oranżadą, i olejkiem do opalania. Dziewczęta w perkalikowych kostiumach kąpielowych, z nosami chronionymi przed słońcem listkami babki lśniły od olejku i od potu.

Dzisiaj, w czasach dezodorantów, w czasach golonych pach, już tylko nieliczni pamiętają, jak kiedyś pachniały dziewczęta – nie tylko mydłem, nie tylko wodą kwiatową, nie tylko pudrem, ale także naturalnym zapachem własnej skóry.

Kiedyś trafiłem w „Twórczości” na króciutki tekścik Ludwika B. Grzeniewskiego zatytułowany „Zapach kobiety”. Autor przegalopował przez historię literatury (ale nie zatrzymał się przy powieści Jalu Kurka „Grypa szaleje w Naprawie”), znajdując nawet grafomański wierszyk Adama Kadena z wydanego w 1928 roku tomiku „Pod twym dawnym oknem”:

 Pięknie pachnie róża świeża, 

Bzu do głowy woń uderza,

Niczym wszystkie mi zapachy 

Przy zapachu twojej pachy.

 Wierszyk, jak się rzekło, grafomański, ale jest coś na rzeczy...

Oczywiście z naturalnością nie należy przesadzać, a przesadzano – od średniowiecza po XX stulecie. Magdalena Samozwaniec była bezlitosna dla panienek z krakowskiej socjety przełomu wieków:

 Brak świeżości w stroju zastępowały świeżością swoich osiemnastu czy dziewiętnastu lat i świeżymi kwiatami, które przypinały do stanika lub wpinały we włosy. Różne pomieszane wonie biły od tych „wiochen”: zapach benzyny od czyszczonych nią białych skórkowych rękawiczek mieszał się z zapachem róż albo mimoz, zaś w tę symfonię zapachów wpływała ostra woń naturalna... czosnku i cebuli, czyli można byłoby rzec zapach Eau de Pologne. Panienki były anemiczne, wciąż „transpirowały”, a kąpały się bardzo rzadko, bo od wody dostawało się influency albo kataru. Za zalewały się perfumami, co było jeszcze gorsze.

 Wróćmy do kąpieli, która tak szkodziła panienkom. W Wiśle krakowianie kąpali się od niepamiętnych czasów, jednak zgodnie z przepisami narzuconymi przez miejskie władze. Przepisy z końca XIX stulecia wyraźnie stwierdzały:

 Kąpanie jest dozwolone tylko w miejscach przez Magistrat tablicami oddzielnie dla każdej płci oznaczonych. Kąpiący się winni zachować wszelką przyzwoitość, do kąpieli używać ubrania. Jak to wyglądało w praktyce, można się dowiedzieć, czytając wspomnienia Stanisława Broniewskiego:

W lecie korzystano z kąpieli wiślanej, jako że wówczas korytem Wisły płynęła jeszcze prawdziwa woda i Wisła zasługiwała naprawdę na miano „modrej”. Oczywiście kąpiele wiślane były najściślej rozdzielnopłciowe. Dla mężczyzn zlokalizowane za rogatką zwierzyniecką, to znaczy powyżej mostu Dębnickiego i na Dębnikach naprzeciw Wawelu, koło nieistniejącej już willi Rożnowskich. Dla pań natomiast już w roku 1875 założono kąpielisko na Groblach, poniżej ujścia Rudawy, to jest poniżej wylotu ulicy Retoryka. Nie było oczywiście mowy o damskiej kąpieli na otwartej przestrzeni. Na przycumowanych do brzegu galarach stały z desek sklecone szaleciki-garderoby, z których schodziło się przez burtę wprost do koszykowego kojca, rozmiarów nieco większej szafy, w którym dama obuta w łykowe pantofle, odziana w długą do kostek kąpielową koszulę, mogła (...) zanurzyć się w pozycji półkucznej. Koszula tworzyła na wodzie piękny kolorowy balon, spod którego wydobywały się z bulgotem bańki powietrza. Stroju dopełniał ceratowy czepek, pod którym musiała się schować nader bujna fryzura. Taki strój obowiązywał jeszcze w początkach XX wieku, a pierwsze kostiumy trykotowe, które dotarły do nas z Ostendy, Riviery francuskiej i znad Adiatyku, lansowały oczywiście z początku kobiety ryzykujące dobre swe imię.  

Oczywiście śmiałe wówczas trykoty także sięgały od szyi po kostki, jednak oblepiając – zwłaszcza gdy były mokre – ciało. Później przyszedł czas na jednoczęściowe kostiumy kąpielowe, na dwuczęściowe, wreszcie na bikini. O stroju topless przez długi czas nie było mowy.

Wisła pachniała wodną świeżością, Rudawa muliście, a zrujnowane dzisiaj baseny kąpielowe rzucone wzdłuż alei 3 Maja, wydzielały – jak to baseny – zapach chloru. I tutaj pachniało olejkiem do opalania. Trwała rewia kostiumów kąpielowych, a co bardziej odważni bywalcy wchodzili na trampolinę, aby popisać się przed dziewczynami odważnym skokiem „na główkę”. Na przełomie XIX i XX stulecia powstał w Krakowie przodek basenów zbudowanych przed wojną przy Błoniach - basen w Parku Krakowskim, o którym też nie zapomniał wspomnieć pan Broniewski:

 W tych latach otwarto również basen kąpielowy w Parku Krakowskim, zasilany wodą ze strumyka, który sączył się z mokradeł fortyfikacyjnych, odgraniczających Kraków od wiejskich domków Nowej Wsi. Kąpielisko to było otoczone wysokim parkanem, a w godzinach przeznaczonych na kąpiel wyłącznie dla pań szpary w deskach o dziury po sękach obstawiali starsi panowie, którzy w najkomiczniejszych pozycjach, z odsuniętymi na tył głowy melonikami lub słomkowymi kapeluszami przykładali nosy do desek i wymieniali między sobą pełne znawstwa uwagi.

 Prehistoria, czasy zamierzchłe, których nie sięga ludzka pamięć. Bynajmniej, jeszcze ciotka mojej żony jako mała dziewczynka uczyła się pływać w Parku Krakowskim. Odbywało się to w dość oryginalny sposób. Adepci trudnej sztuki pływania ubrani byli w rodzaj szelek, do szelek biegłą linka przymocowana do ogromnej wędki. Wędkę krzepko dzierżył posługacz, nie pozwalając delikwentowi pójść pod wodę...

 

 

Ilość odsłon:
  Redakcja:  mgr Tadeusz Wojtaszek, dr Małgorzata Pieniak, mgr inż. Eleonora Kozak, mgr inż. Joanna Machna, mgr Aneta Koczela, Jarosław Wojtaszek, Maciej Baster, Monika Wojtaszek.
Administracja:
AMBAR  Telefony do redakcji: 12 285-18-73, 12 285-47-76, e-mail: listy@wodadlazdrowia.pl